szósta rano

siedzę na skaju w zimnym autobusie
szarpanym przez miasto zorganizowane
w system skrzyżowań i świateł

nieopodal mam nogę w pończosze
przy każdym napięciu mięśni podczas hamowania
wspina się po niej oczko
i popatruje na mnie

powinnam mieć makijaż
i sukienkę z błyszczącej tafty
powinnam być warta uwagi
na tym padole poranka?

———————————————————–
***

trendy kobieta robi się dziś
od stóp do włosów kolorami natural
przez dwie godziny a ledwo muśń
i od niechcenia chroń mnie

pambuku z dziecinnej książki
co pod poduszką jak suchar

———————————————————–
adhezja nie jest imieniem kobiecym

lubimy wpadać w poślizg który
wyrywa ze zniewieściałych ramion
grawitacji nasze porządne wnętrza
obraca dowolnie przód i tył
aż tracimy przyczepność
do otaczających nas domów
pierzchają dzieci z piskiem
prążkowanych gum

my małe samochodziki
w każdej innej sytuacji
doprowadzone do stateczności

———————————————————–
agent. wiersz w czasie jazdy

wiezie ją i uwodzi żeby kupiła dom
który on chce sprzedać o zachodzie słońca
płoną szyby i rynny jak złoty ornament
i prawie tak jak jej oczy do kanalizacji
można się podłączyć oczywiście

obejrzeć instalację rury oraz
kolanka w zbliżeniu cinquecento
trzyletnie trochę ciasne ale mało pali
wieku domu nie zna za to
ja jestem powojenny i nie jest to
moja jedyna
superlatywa

ona o nie mawia w takich sytuacjach
musi wysiąść i zapisać wiersz
w czasie jazdy naraża się na mdłości

———————————————————–
latarnie

latarnie to smukłobiodre panny uliczne
z ciężkim wodogłowiem blasku
który im wygina cienkie szyje

przyprawiają o szaleństwo skrzydlate owady
i zawracają do nieba mżawki
szczebiotliwe nasionka

wychodzą wieczorami w zbyt obcisłych sukienkach
z plamami od rdzy i lepkiej gumy
wyżutej przez podrostków

by przez całą noc po cichu i bez cienia skargi
trzymać złe mrukliwe miasto
na łańcuchach światła

———————————————————–
Czterech

Wyszło czterech na spacerek.
Droga długa jest na skwerek.
Zahaczyli o parterek,
robiąc kwadrat i rowerek,
co na klatce stał.

Wnet się rozpadł czterech szereg.
Na dwóch czekał już paserek,
dwóch podjęło znów spacerek.
A wokoło łatwy żerek
sam się w łapy pchał.

Wzięli gładko trzy portfele,
nokię i dwa alcatele,
przez omyłkę kilka żelek
i dla sportu, ot, kosztelę,
zieloną jak glon.

Zapalili sobie ziele:
„Tak wyjechać na Seszele…”,
rozmarzyli się jak cielę,
wchodząc na plac przy kościele.
Tam Bóg spuścił grom.

———————————————————–
w Lublinie

stoję na Ruskiej ze zgiętą szyją i Dyckim
pod palcami mam lepkie rogi spoconych kartek
i słońce przydeptane w sandałach
gdzie mi się podziewają moje oczy
gdy bus z wykupionym rezolutnie miejscem
odjeżdża właśnie z trzynastego
na którym nie stoję z pewnością
ni z przytomnym wytęsknieniem
o czym przypomnę sobie za cztery strony

(kiedy będzie dawno po pomidorach
i po wszystkich przerzutniach)

———————————————————–
niemal przetrwaliśmy trzeciorzędną zimę

niemal przetrwaliśmy trzeciorzędną zimę
strupicielu zaciętych ran
zarastając zasiekami sopli
pokrzykiwaniem sójek
bezrusznie iglocejąc

ale już nas zacina do biegu
dziko marcujący deszcz
i znowu mi umykają
migawice twoich pięt
niedogonne

———————————————————–
próba spokojnego nierozumienia

chciałabym umieć tylko opisać obraz
nie wpuścić weń własnej
natrętnie pytającej osoby
opisać na przykład
jak gdyby teraz i nigdy nic
leżące na ławce na Plantach
o bezludnej nadrannej godzinie
w zielonym otwartym pudełku Escott
całkiem nowe męskie półbuty

chciałabym nie usiąść obok
nie przesunąć kartonu po deskach
nie zajrzeć pod spód
nie włożyć do środka ręki
nie próbować zmieniać
zastanych między rzeczami
nieobliczalnych kątów
w kąty proste

———————————————————–
Chłopcy

Rwaliśmy wiśnie garściami
Taki był przepych
Albo nawet zdobywając drzewa
Bez drabin
Braliśmy zębami wprost z gałęzi
Soczystą czerwień

Hojny był czas
Dla pękatych brzuchów
Oczekujących naczyń

Obszerniały od pełni noce
Sięgając leniwie ku brzemiennym owocami koszom
Coraz to ktoś mokrą pestkę umiejętnie ściśniętą
Puszczał w niebo
Strącając gwiazdę
Syci jeszcze tyle życzeń mieliśmy

———————————————————–
sisi

sisi nie zmieści się w wierszu choć mieści się
w dłoni w plastikowym talerzu
do którego wchodzi czterema łapkami
żeby zjeść wszystko na zapas

miauczy ze wszystkich sił
biegnie najszybciej jak może
oddaje się mruczeniu całym wątłym ciałem

sisi pół kilo kostek i glist w rozdętym brzuszku
silniejsza ode mnie
ocala mi życie nie ma innego wyboru

———————————————————–
o twojej pięknej matce

o twojej pięknej matce myślę wyłącznie
w autobusach miejskich obrośniętych szronem
który jak mech tłumi światła kroki ślady palców
i oddziela miejsce od czasu mnie od przeszłości

miłość jakiej nie potrafię pojąć albo pospolita
bezmyślność pozwala jej co dzień patrzeć
na twoje usta odbite jak w lustrze nie wiedziałeś
że macie ten sam wyraz choć całkiem inne zdania

wsiadam do białych autobusów za twoją matką która
ciągnie za ręce dwóch chłopców starszy zejdzie
na psy młodszemu będziemy wybaczać wszystko
i brudne naczynia i brudne kochanki

———————————————————–
w miastach Apulii

w białych miastach Apulii katedry
trzymają się na uboczu kobiety noszą
żałobne pończochy które marszczą się
na podbiciach stóp jak morze muśnięte bryzą

wieczorem na rogach wszystkich ulic
wydychających ciężkie światło lata
stoją mężczyźni pełni słów a chłopcy
grają pod piniami w prowizoryczny futbol

ze strzelistego łuku bramy wychodzi szczenię
które ma oczy wilgotne jak kamień i moje usta
zanurzone w sierść złożą tysiąc obietnic
tutaj i teraz czego tylko byś chciał

———————————————————–
***
Sara nie wierzy że umrze więc
przez trzy rozchichotane godziny szykuje się
na spacer niedzielnym Krakowskim Przedmieściem
w czerwonych wargach paznokciach i sukience
i na czekoladowe lody w kolorze identycznym
jak jej znamię na łopatce o którym
wie kilku z nas brawurowych podglądaczy

Sara nie odpowiada na zaczepki
ale my obserwujący ją z cienistych bram miejskich
widzimy jak drgają jej kąciki zadowolonych ust
szykowała się trzy godziny a już wraca w sukience
nietkniętej i wchodzi na swoje trzecie piętro
za chwilę mignie w oknie jak zajączek z lusterka
Sara która nie wierzy że umrze

———————————————————–
Madonno z klatki schodowej

Madonno z klatki schodowej
którą wytarły z kurzu ciemne
palce muzułmańskiego chłopca
Tobie to należą się pocałunki
które dawałam jemu
Tobie też należą się pocałunki
dziękczynne i co jeszcze mogłabym
najsłodsze ananasy i pełne słońca
melony w żółtej skórce albo polski
sernik który piekę tutaj z duńskiego
twarożku cottage
Madonno z klatki schodowej
którą wchodziłam na trzecie piętro
gdzie za drzwiami z blachy spał
mój lux mundi jego ręce
zamiast twoich zdarzało mi się
całować bezmyślnie i niepotrzebnie

———————————————————–